Brata Franciszka Narodzeniowa Przypowieść

Jerzy Kamil Weintraub


A kiedy gwiazda rozbłysła nad stajenką,
wtedy narodził sie po raz wtóry.
Zapachniało wigilijne siano:
jeleń z lasu pobliskiego przybieżał
i zastukał rogiem w okienko,
za którym dziciątko twarzyczką świeciło spłakaną.
Na ten znak
zbiegł się zwierz wszelaki
pobrataniem szczególnym pobratan:
lwy i wilki, niedźwiedziowie, ptaki,
z najdalszych oddali,
ze wszystkich stron świata.

A więc ojciec dźwierze otwarł najszerzej
i poprosił, by podeszły bliżej.
Weszły tedy:
ptaki na ramionach dzieciątku siadły,
wąż w krąg nóg sie owinął,
a lew kostropatym językiem rękę mu polizał.

Więc dzieciątko łzy uśmiechem otarło
i tak rzecze wszelakim zwierzętom:
"Wiem, że miłość w waszych sercach mieszka,
bracia wilki, siostry sarny..."
(i do wiela jeszcze tak mówił,
których imion już dziś nie pamiętam).

A zwierzęta pokłoniły się pięknie.

Lecz dzieciątko uśmiech łzami zatarło
i tak rzecze wszelakim zwierzętom:
"Czemuż ludzi wśród was nie widzę?
Nie miłują mnie zaliż jak dawniej?"

A zwierzęta zasmuciły się bardzo.

"Królu - rzeką - ostańże z nami.
Nie ma ludzi, jako wtedy byli".

(Bowiem wojna ziemię objęła
i w pożodze krwawej stanęła,
i narody przeciw sobie powstały,
i brat brata mordował i grabił).

Więc zwierzęta modliły go jeszcze:

"Królu - rzeką - nie widzisz, że wśród nas
nie dostaje hijen i szakali,
tak się bowiem z ludźmi pobratali...
Królu - rzeką - ostańże z nami!"

Lecz dzieciątko zaprzeczyło głową:
"Zaliż prawda, co wy tu mówicie?
Zaprawdę, nie mogę uwierzyć".

Jakoż nie myliło się wcale.

Bo ku tej gwieździe,
co nad stajenką rozbłysła,
dni siedem i nocy siedem,
rzed siedem i lasów siedem
szli ku niej trzej hinduscy królowie:
każdy hełm miał stalowy na głowie,
każdy broń miał żelazną u boku.

Aż przyszli.

Pokłonili mu tety i rzeką:
"Starszne wieści ze świata przynosim
i o twoje zmiłowanie prosim:
racz te dary przyjąć szczodrą dłonią,
one jeno przed ludźmi uchronią".

I wystąpił król Kacper, i rzecze:
"Naści, dzieciątko, ten hełm stalowy,
niech ci ciąży miast głowy,
niech miast myłi ci stanie,
niech miast oczu ci patrzy".

I wystąpił król Melchior, i rzecze:
"Naści dzieciątko, karabin,
niechaj ci czuje miast serca,
niech twe życie obroni,
by nie wziął wróg i morderca".

O wystąpił król Baltazar, i rzecze:
"Naści dzieciątko, ciężkioe naboje.
Niechaj zastąpią ci miłość twoję,
nad kamień wyżej
i nad chleb wyżej
na ziemie teraz stoją".

Lecz dzieciątko tak się zasmuciło,
że królewskie dary odtrąciło
i tak im rzecze:
"Zali nie widzą oczy człowiecze?
zali nie czują serca człowiecze?
Lecz, żem miłości im nie poskąpił
nie oni ku mnie, ja ku nim zstąpię".

I zmieniło się dzieciątko w młodzieńca,
i bolsenym uśmiechem dojrzało,
i spokojem uśmiech pokryło.
"Do ludzi pójdę - rzecze - nie wierzę,
aby tak było, jako mówicie".

Jeż na progu kolcami się zjeżył:
"Królu - rzecze - ostańże z nami,
ciernie ci skronie skrwawiły,
teraz ci stopy okrwawią,
gdy stąpał będziesz".

Zbiegły wzgórki, zastąpiły drogę:
"Królu - rzeką - wracaj do stajenki,
Przecz-żeś po nas ku śmierci się wspinał!"

On zasię zaprzeczył głową:
"Wiem, że miłość w waszych sercach mieszka,
ostańcie tedy w pokoju.
Ja do serc człowieczych zmierzam".

Rzeki z trwogą spiętrzyły sie przed nim:
"Przecz-żeś broni ze sobą nie zabrał?"

On zasię zaprzeczył głową:
"Idę w serce miłujące zbrojny".

I wędrował tak długo aż doszedł
tam, gdzie miasto kamienne się wznosi,
tam, gdzie mury śmiertelne szarzeją,
tam, gdzie lasy szubienicznie szumią.

I zatrzymał go partol przed miastem,
stalowymi hełmy zaświecił
i krzyknął do niego:
"Ktoś ty?"

Odpowiedział im:
"Człowiek."

Zaśmieli się tedy serdecznie
i kazali iść mu ze sobą.

(Bowiem nie było już ludzi,
a były tylko narody)


Poezja franciszkańska